niedziela, 17 sierpnia 2014

Dług (V)

Dobrze, niech będzie wcześniejsza publikacja. Z urodzinowymi życzeniami dla jednej z czytelniczek, samych pięknych chwil w życiu, dużo miłości, szczęścia i seksu :-D

         Dług V
Mateusz siedział w fotelu, z zimnym okładem na głowie, z trudem panując nad gniewem. Co za wredna suka! Kiedy do diabła zamieniła szklanki z drinkami? Chyba w tym momencie, gdy poprosiła o słomkę. Siedzieli przy barze, on odwrócił się, a ona wykorzystała okazję. I skąd u diabła wiedziała, co zamierzał?
Bo nie jest tępą kretynką, pomyślał z niechęcią. Cały wieczór się na nią sadził, a na końcu, to on sam wylądował w krzakach. Dobrze chociaż, że nie przewrócił się wśród tłumu gości. Ewa by mu tego nie darowała. Gorzej, on sam nie darowałby sobie zepsucia najważniejszej dla niej uroczystości.
Z chaosu wyłoniła się pewna myśl. Jego cholerny braciszek wyglądał na zadowolonego z takiego obrotu sprawy. A może to on maczał w tym palce? Powiedział dziewczynie, co ją czeka, doradził, co ma zrobić? Tknięty tą myślą, Mateusz wstał, stęknął i energicznym krokiem udał się do mieszkania naprzeciwko. Wykupili dwa apartamenty, sąsiadujące ze sobą, na najwyższym piętrze ekskluzywnego wieżowca. Załomotał do drzwi mieszkania brata, ale otworzyła mu wysoka, szczupła blondynka. Naga. O ile dobrze pamiętał jedna z druhen i kuzynka pana młodego.

sobota, 16 sierpnia 2014

Dług (IV)

          Dług (IV)
Skłamał. Właściwie zupełnie nie chciało mu się jeść. Siedział i wpatrywał się w dziewczynę, która rozglądała się dookoła z ciekawością. Jeśli mówiła prawdę… Jasny gwint! Taki towar, a na dodatek nieużywany! Pomacał kieszeń. Wyczuł dwie małe, okrągłe pigułki i od razu się podniecił. Obiadu prawie nie ruszył, zresztą przez cały czas milczał, gapiąc się zachłannie na Wiktorię. W końcu przykuło to uwagę jego brata.
– Nie jesteś dziś zbyt rozmowny? Stało się coś, o czym powinienem wiedzieć?
– Nie – Mateusz odchrząknął.
– To przez nią jesteś rozkojarzony? Wcale się nie dziwię – Artur promiennie uśmiechnął się do zdziwionej Wiki. – Tak śliczna dziewczyna musi zaprzątać myśli każdego zdrowego samca w promieniu kilku kilometrów.
– Nie traktuj mnie jak zwierzyny, którą można jedynie upolować.
– Ja? Skąd! – zaprzeczył żarliwie. Zarumieniła się, lecz powodem nie był gniew. Zmieszała się pod jego bacznym, pełnym nieukrywanego podziwu, spojrzeniem. W zasadzie to jeszcze nikt tak na nią nie patrzył. Nigdy wcześniej.
– Zatańczymy? – Mateusz zerwał się nagle z miejsca, zwinnie i szybko pomimo swych dość pokaźnych rozmiarów. Nie zdążyła zaprotestować, gdy znalazła się pośrodku tłumu tańczących par. A że grana melodia należała raczej do spokojnych, wręcz balansujących na granicy tkliwego romantyzmu, nie pozostało jej nic innego, jak przytulić się do partnera. Oparła dłonie o jego ramiona i spojrzała w górę.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Pozdrowienia z Gąsek

Leżę sobie na plaży, z notebookiem, który przestał płatać głupie figle, z dostępem do neta, z piwkiem w mej lewej dłoni, szlifując niespodziankę oraz kolejną część Długu. Dziecię bawi się z tatusiem, budując zamek, mam więc święty spokój, morze szumi jak wściekłe, jest cieplutko, odrobinę wietrznie i... pusto.
Matko, jak dobrze! Dziś przeżyłam prawdziwy horror. Pojechaliśmy sobie do Kołobrzegu. I z ręką na sercu, to było okropne. Straszne. Niczym najgorszy koszmar senny. Kolejki, tłumy, tłok i hałas. Na dodatek korki. Wiem, może jestem dziwna, ale nie rozumiem ludzi, którzy wybierają takie miejsca na dwutygodniowe wakacje. Gdybym była młodą panienką, to jeszcze widziałabym w tym jakiś sens. Czyli balangi do białego rana, podryw każdego przystojniaka, który znajdzie się w zasięgu wzroku i szampańska zabawa. Ale z dzieckiem? Z dziećmi? To był prawdziwy kołchoz, a zmęczona wróciłam jak po całym dniu ciężkiej pracy. 
Chyba kocham tę moją metę w Gąskach, na szarym końcu wsi, gdzie zimą pewnie zwijają asfalt... Podobno tuż za płotem ma powstać elektrownia atomowa. Osobiście wpłacę kasę na konto fundacji, która będzie zbierała na ładunki wybuchowe, aby wysadzić tych, co to uchwalili. Z drugiej jednak strony, miałabym niezłą robotę. Przeprowadzilibyśmy się nad morze, kupili i wyremontowali małą chałupkę, do pracy blisko, na plażę także... Żartowałam :-) 

Buziaki
Wasza, spieczona na raka Babeczka :-*

Dług (III)

Ja pewnie nadal na wakacjach... A Wiktoria w tarapatach!

         Dług (III)
– Co?! – Wiki wlepiła w niego zaszokowany wzrok. Nie spodziewała się takich słów czy zachowania.
Nie powtórzył, a jedynie gwałtownie skręcił w boczną drogę. Wjechał w głąb lasu i zatrzymał się wystarczająco daleko, by nie widać ich było z szosy.
– Obciągniesz, połkniesz i po sprawie – wyjaśnił.
– W życiu! – wrzasnęła oburzona dziewczyna, czerwieniąc się przy tym, aż po korzonki włosów. Nerwowo szarpnęła klamkę, ale on był szybszy i błyskawicznie zablokował drzwi.
– Przestań się droczyć kurczaku. To i tak będzie najdroższy oral w moim życiu – dodał rozbawiony, odwracając się w jej kierunku. – Jestem tak podjarany, że wystarczy kilka ruchów.
Spojrzała w jego oczy i zrozumiała, że wcale nie żartuje. Potem jej wzrok powędrował w dół. Spore wybrzuszenie w spodniach mówiło samo za siebie.
– Nie! – jęknęła, starając się odsunąć jak najdalej. – Masz mnie natychmiast wypuścić. Wracam do domu! Choćby na pieszo!
Zmarszczył czoło. Spodziewał się sprzeciwu, ale nie wierzył w jego autentyczność.
– Umiesz się targować – mruknął, wyciągając dłoń i dotykając gorącego policzka. Oczywiście ze złością odtrąciła jego rękę. – Dobra, dorzucę jeszcze klocka.
– Czy ty gorylu jeden nie rozumiesz, że za żadne pieniądze? Choćbyś nie wiadomo ile dopłacił!
Mógł ją zmusić. Nie miałaby szans na protest. Ale za kwadrans powinien być na miejscu. Zajechałby tam z rozczochraną, zapłakaną kobietą, która prawdopodobnie zaraz po wyjściu z samochodu, oznajmiłaby całemu światu, co sądzi o takim traktowaniu. Mógł również zostawić ją tutaj, gdy będzie po wszystkim. Lecz wtedy nici z upojnej nocki. Miał więc tylko jedno wyjście.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Dług (II)

Ciąg dalszy i tyle tytułem wstępu. Mam nadzieję, że pogoda mi dopisze ;-)

          Dług (II)
Przez cały tydzień Wiktoria usiłowała zapomnieć o czekającym ją obowiązku. Przykrym, choć i tak o niebo lepszym od tego, co mogło ją spotkać. Oczywiście, ten sknerus nie podarował ani złotówki. Była więc wściekła, bo faktycznie zostali z Szymonem bez grosza przy duszy, bez jakichkolwiek oszczędności.
– Ty się chociaż najesz frykasów na imprezie – powiedział z tęsknotą w głosie brat, kiedy pomstowała na sytuację w jakiej się znaleźli.
– Bądź lepiej cicho! I powiedz jak było na wizycie u psychologa?
– Dobrze – westchnął. – Ale dwa razy w tygodniu będę musiał chodzić na spotkania.
– I będziesz chodził. Już ja dopilnuję, byś nie opuścił ani jednego. Boże! – wplotła palce we włosy. – Szymon! Tyle pieniędzy!
– Przestań. Bo wyrzuty sumienia wpędzą mnie w depresję. A od września będę pracował w weekendy.
– Gdzie? – spytała, patrząc na niego podejrzliwie. Nic dziwnego, wyglądał na zmieszanego.
– Jako barman.
– Gdzie?
– A, w takim jednym klubie.
– Gdzie? – ryknęła Wiktoria. Brat otrząsnął się ze zgrozą. Zwykle zrównoważona siostra, nigdy się tak nie zachowywała. Chyba naprawdę wyprowadził ją z równowagi.